Strasburg
Lech Wałęsa i noc w lotaryńskim hotelu
Chciałem być sprytny. Wyjechałem poprzedniego dnia późnym wieczorem, żeby przenocować w Sarebourgu, małym lotaryńskim miasteczku przyklejonym do mokrych od rosy wzgórz. Francuskie okiennice, niemiecki porządek, zapach piekarni o świcie i stare szyldy, na których widać skomplikowaną historię tego miejsca.
Plan był prosty. Wstanę rano i ruszę dalej tak, żeby zdążyć na posiedzenie parlamentu. Tego dnia miały zostać wręczone pierwsze medale europejskie za wkład w budowanie Europy. Merkel, Wałęsa, Buzek, Barroso, Trichet - nazwiska, które przez lata fotografowałem czasem stojąc o krok od ludzi decydujących o losach kontynentu.
W środku nocy obudziłem się nagle. Chciałem sprawdzić godzinę. Telefon wyłączył się, a po uruchomieniu zażądał PIN-u do karty SIM. Wpisałem go automatycznie. Odrzucony. Drugi raz i znów to samo. Została jedna próba.
W jednej chwili cała senność zniknęła. Bez telefonu fotoreporter zostaje dziś z torbą pełną sprzętu i zdjęciami, które zdążą się zestarzeć, zanim trafią do redakcji. Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym. Zdjęcia wysyła się prosto z aparatu, kilka sekund po naciśnięciu migawki.
Nie mogłem już zasnąć. Zegarek pokazywał czwartą nad ranem. Założyłem okulary i wtedy zobaczyłem, że mechanicznie wpisywałem złe cyfry. A przynajmniej tak mi się wydawało. PUK dawno zaginął gdzieś między przeprowadzkami. Jeszcze jedna próba i telefon zablokuje się na dobre.
Siedziałem na hotelowym łóżku z bijącym sercem i patrzyłem w ekran. Wpisałem kod jeszcze raz.
Telefon odblokował się natychmiast.
Rano, zmęczony, zszedłem na śniadanie. Dwie kawy, jajko na twardo - paskudne - i w drogę.
W Strasburgu parlament już pulsował własnym rytmem. Ochrona, asystenci, dziennikarze i politycy snuli się korytarzami. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach pasty do podłogi. Zawsze przypomina mi liceum w Płocku i parkiet froterowany przed rozpoczęciem roku szkolnego. Jak mocno takie rzeczy potrafią zostać w pamięci.
Zdjęcia robiłem z balkonu. Daleko. Za daleko. Obiektyw za krótki. Ceremonia ciągnęła się, nogi bolały od stania, a przemówienia stawały się coraz bardziej podobne do siebie.
Potem konferencja prasowa z Wałęsą.
Prezydent jak zwykle mówił wielokrotnie złożonymi zdaniami, w których myśl potrafiła nagle skręcić w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Patrzyłem na starszego mężczyznę z charakterystycznymi wąsami i przypomniałem sobie dzień, kiedy głosowałem na niego - a właściwie przeciw komunizmowi. Dla mojego pokolenia Wałęsa był kimś więcej niż politykiem. Był symbolem niemożliwego, które nagle stało się rzeczywistością.
Siedział teraz kilka metrów przede mną, ponownie. Czy to ostanie nasze spotkanie?
W końcu udało mi się zrobić kilka lepszych zdjęć. Czekałem już tylko na koniec konferencji, żeby poprosić o jedno krótkie, pozowane ujęcie portretowe. Ale gdy spotkanie się skończyło, rzucił się na niego tłum. Każdy chciał zdjęcie, uścisk dłoni, kilka sekund bliskości z historią. Prosiłem kolejne osoby, żeby zrobiły mi miejsce choć na chwilę.
Wałęsa rzucił z uśmiechem:
— Ja wolę pozować z kobietami.
I wtedy nagle zrobiło się miejsce. Może na pięć sekund. Spojrzał prosto w obiektyw.
Nacisnąłem spust migawki.
